Wiele smakowitych kąsków serwuje nam koniec roku i wcale nie mówię o barszczyku, pierogach i świątecznym karpiu. W ostatnich tygodniach miały miejsce ciekawe premiery muzyczne, na które, jak co roku, liczę. Numero uno - Devin Townsend - Z2. Długo wyczekiwany album kontynuujący historię Ziltoida, kosmity, który dociera na Ziemię w poszukiwaniu nowej planety dla swojej cywilizacji. Z2 opowiada historię walki pomiędzy Ziltoidem, Blatarią - królową obcej rasy zwanej Poozers - oraz Ziemianami. Muzycznie album o Ziltoidzie to miód na moje uszy (nie w uszach!).


Zaczyna się genialnie, mocne riffy, typowe dla Devina przeplatające się ścieżki różnych wokali. Mój zachwyt nie znikał aż do kawałka March Of The Poozers, który, niestety, nie trzyma poziomu, a im dalej, tym słabiej, zupełnie jakby Devin się spieszył i zabrakło mu czasu lub pomysłu na utrzymanie formy z początku albumu. Niemniej, jako całość album prezentuje się świetnie. Należy pamiętać, że Z2 to wydawnictwo dwupłytowe. CD1 zawiera 12 utworów niezwiązanych z Ziltoidem. Bardzo przyjemne, radosne utwory nagrane między innymi z Anneke van Giersbergen, która jest bohaterką drugiego projektu, rozpalającego moją wyobraźnie.

W 2015 premierę będzie miał album The Dairy projektu Gentle Storm - połączonych sił Anneke i Arjena Lucassen, (którego uwielbiam za wszystkie albumy wydane w ramach Aryeon). Póki co na oficjalnej stronie artysty nie ma linków do żadnej próbki ich wspólnej twórczości, ale można się spodziewać dobrej produkcji. W czasie oczekiwania zadowolę się ostatnim albumem Ayreona - The Theory of Everything oraz Guilt Machine - On This Perfect Day, w którym Arjen odpowiada za niemal wszystko.

 
Wytwórnia InsideOut wzbogaciła się o kilka wartych uwagi wydawnictw. Choćby Pain Of Salvation - The Falling Home niepokornych Szwedów, w którego przypadku trudno mówić o pełnoprawnym albumie, ponieważ to akustyczne wersje utworów, które POS skomponowało w ciągu ostatnich kilku lat. Dodatkowo na płycie znajdują się covery: DIO - Holy Diver i Lou Reed - Perfect Day. Opinie co do nich są różne. Moim zdaniem, ta płyta to tylko rozgrzewka nowego lineupu przed pełnowymiarowym wydawnictwem. Warto wspomnieć, że po nagraniu BE ze składu Pain Of Salvation odszedł jeden z braci Gildenlöw - Kristoffer. Efektem jego solowej kariery jest album Rust, który, hmm, jeszcze nie wiem, czy mi się podoba.

Szwedzkie zespoły wykonujące metal progresywny lubią się zmieniać czy, jak to ładnie nazywają, ewoluować. I podobnie jak z POS, w moim życiowym soundtracku zawsze jest miejsce na Opeth. Niekwestionowany lider polityczny zespołu Mikael Åkerfeldt doczekał się córki, co ma ogromny wpływ na jego najnowszy, ale i poprzedni longplay. Miałem przyjemność być na koncercie promującym album w Warszawskim klubie Progresja Music Zone. Mimo to wciąż jeszcze nie przesłuchałem Pale Communion jak należy, czyli całego albumu od początku do końca. Nie wiem, jak brzmi jako całość, ale pojedyncze utwory trafiają w punkt. Są skomponowane i wykonane z zegarmistrzowską precyzją. Opeth pełnymi garściami czerpie z progrockowych dokonań ojców tego gatunku. Czasem trochę szkoda, że składnik death metalowy w drodze ewolucji zaginął, ale zawsze mam Morningrise i Blackwater Park pod ręką.

Jak wspominałem, ciekawych premier jest moc. W kolejce do eksplorowania czeka Dream Theaterburzący czwarty mur w Bostońskiej Operze. Zapis koncertu na żywo to nie tylko uczta dla ucha, ale i dla oczu podążających za zwinnymi palcami Johna Petrucciego. Dalej mamy Beardfish – 4626 – COMFORTZONE, ósmy album w dorobku - jakże by inaczej - Szwedów, i nowa produkcja Kaipa - Sattyg. Jakoś nigdy nie dane mi było posłuchać Kaipy, choć mam ich albumy od dawna. Coś ciągle stawało na przeszkodzie, aż w końcu wszystkie płyty w samochodzie stały się passe i nie pozostało nic innego. Cóż, lepiej późno niż wcale.